'With absolutely no consequences'
Czasami przerasta.
Wszystko i jeszcze więcej.
arina 2011-11-27 13:10:48
skomentuj (0)
Szczęście mam, święty spokój w ilości akceptowalnej.
Rozumu to i tak mi nie przybędzie, bo skoro od siedmiu lat pozostaje na tym samym stadium rozwoju, to raczej już nie ruszy.
Potrzeba mi lepszego arbajtu, a co za tym idzie finansów poprawienia i zakupu domku i żeby na trawniku pasła się koza.
Z kotami się pasła.
A ogólnie to ma tyle lat ile zawsze chciałam mieć.
Zrobiłam się niesamowicie wybredna w kategorii horrorów. I to wybredna do tego stopnia, że nawet Szanowny nie dorównuje mi kroku. No, ale jak się przewaliło ten temat na dziesiątą stronę i obejrzało tegoż tony, to można i sama siebie rozgrzeszam. Udzielam Ci pani Arino rozgrzeszenia w temacie wybrzydzania. O jak ładnie brzmi. No to możemy zacząć.
Pni Arina po pierwsze nie obejrzy horroru, którego nie zna, jeśli data wyprodukowania jest poniżej 2000 roku. No nie obejrzy, bo te filmy się starzeją szybciej niż ona* i są nawet, nie że śmieszne, a nudne, żałosne i trącą drewnianym aktorstwem. Oczywiście w tym miejscu robimy wyjątki dla horrorów, które pani Arina zna. Na przykład 'Teksańska masakra piłą mechaniczną'. Niby nakręcone wiele lat przed wybuchem w Czarnobylu, a histerii dostanę za każdym razem, jak oglądam. Histeria nastąpi po śmiechawce półgodzinnej, w czasie której pilarz, niczym rasowy sprinter biega po krzakach. Albo taki 'Krzyk' Wesa Cravena. Nie można do śmieci wrzucić czegoś, na czym się wychowaliśmy, nie? To tak, jakbym powiedziała, że 'Willow' jest badziewną starą bajką i Val Kilmer wcale nie wygląda wspaniale z długimi włosami i gołym torsem.
Ale przejdźmy do meritum i powstrzymajmy ślinotok, bo już sobie wyguglałam zdjęcia pana powyżej z filmu powyżej.
Ostatnio z Szanownym żywiliśmy się głównie serialami, bo seriale zaczęto kręcić na tyle dobrze, że nie ma wstydu i się je ogląda i tak na przykład przejedliśmy się Doktorem House, no bo ileż można, The Cape wstrętne NBC zdjęło z anteny, za co będzie się smażyć w moim prywatnym piekle (zamierzam do piwnicy wstawić kocioł z gorącym olejem i tam cały zarząd kolejno smażyć zakosząc się przy tym szatańskim chichotem). Breaking Bad mamy mało, bo nowy sezon gdzieś koło wakacji, a oglądaliśmy wściekle i oszczędzamy, to samo z Sheldonem**.
'No to obejrzyjmy sobie jakiegoś horrora'. - Postanowiła pani Arina, ale rzecz była trudna, bo nic, ale to nic się nie podobało. Czy to z opisu, czy screenów z filmu. Satanistyczna gra planszowa, która powoduje nieszczęscia i dziwne rzeczy – widzieliśmy. Młodzież wyjeżdżająca na łono natury, a tam banda komunistów kanibali – ileż razy można. Znerwicowana pani pisarz prowadzająca się do opuszczonego domu nad jeziorem? Matko i córko, tylko nie pani pisarz i duch odbijający się w łazienkowym lustrze! Niee! Pani Arina z Szanownym wyrywają sobie włosy z głowy, a koty miauczą przeraźliwie.
Na pierwszy ogień poszedł 'Chainlet'. Po naszemu łańcuszek, czyli coś co się wysyła, a ty masz podać dalej inaczej, tak, jak pan Kazimierz zostaniesz wtórnym impotentem i wyłysiejesz. Opis był dobry. Młodzież późnolicealna dostaje smsy i maile z łańcuszkiem, a jak nie prześle dalej, to ginie w zatrważających okolicznościach. Zasiedliśmy przed telewizorem. Młodzież późnolicealna, chyba repetowała wielokrotnie, bo wyglądała, jakby co najmniej w wieku Szanownego była. No, ale to można wybaczyć, nie na darmo Josha Hartnetta wsadzili jako szesnastolatka do którejś części 'Helloween' i się dało obejrzeć. Okazuje się, że wybaczyć nie można, nie wieku, a drewnianego aktorstwa. Byłabym skłonna przymknąć oko, jakby to była grupa szesnastolatków z castingu, bo się tak cieszą, że są w filmie, że muszą do cioci i babci pomachać. Nie no psiakrew. W żadnego bohatera owego zieła nie jestem w stanie uwierzyć. A bohaterów jak grzybów w Bieszczadach. No to poszłam po pilnik do paznokci. A jak wróciłam, to okazało się, że łańcuszki rozsyła sekta, któa walczy z postępem tecnilogicznym na świecie. No tak, ogień zwalczaj ogniem. A zakończenie urwane jakby w połowie, jakoż i główna bohaterka (ponoć, bo się najdłużej zachowała ze wszystkich, których zapamietałam). Daję ujemną ilość punktów za zmarnowanie mojej półtorej godziny czasu, ot co!
Hiszpańskich horrorów nie lubi Szanowny, bo mówi, że go nudzą, a poza tym, jak się populacja zachwyca, to Szanowny musi zrobić be. Pani Arina ma takie odczucia pół na pół, bo o ile REC zirytował i wynudził ją strasznie i jeszcze ze snu wyrywały ją wrzaski jakiejś baby ()chyba przez ostatnie czterdzieści minut filmu), o tyle na przykład Sierociniec oglądała z przyjemnością, małym dreszczykiem na plecach i na pewno jeszcze obejrzy. Jak zasiedliśmy przed Oczami Julii to byłam pełna pozytywnego nastawienia i dobrze. Po pierwsze aktorka grająca głowną rolę. Pani nie najmłodsza, ale ładna, nie udająca nastolatki i potencjał aktorski duży. Po drugie scenariusz bardzo dobry, bardzo dobrze zdjęcia wykonane i to, że nie było żadnych duchów czy innych klątw z zaświatów, mimo że na początku na to się zapowiadało. Jeden minusik zakończenie z kosmosem w oczach. Mogli sobie darować, trzy sekundy wcześniej uciąc i byłoby 10/10. Do polecenia.
Najulubieńszym gatunkiem Pani Ariny są filmy, w których grupa młodsza lub starsza jedzie sobie na wycieczkę, psuje im się auto i napadają na nich mutanci. Chyba wszystko w stylu 'Wzgórza mają oczy' oraz 'Wrong turn' obejrzała i ani jej się nie znudziło, ani nie przejadło i czeka na kolejne. To jest naprawdę niezniszczalny motyw i zakończenie w stylu 'zakrwawiony facet idzie pustą drogą w dłoni ściskając kawałek metalowego zbrojenia' jest tak klasyczne i genialne, że może być w co trzecim filmie. 'Husk' to takie 50% z tego, bo mutantów nie świadczysz, jeno przeklęte strachy na wrócle w polu kukurydzy buszujące i zamieniające w swoich zagubionych wędrowców. Oglądało mi się z umarkowaną przyjemnością. Dialogi pisał chyba Zanussi wespół z Cezarym Pazurą, bo były jak kołek nie powiem gdzie. Aktorstwo nierówne, ale to chyba amatorzy wszystko grali, bo raz deklamujem, raz zapominam, że gram w filmie i jest dobrze, a reżyser szepce, żeby nie przeszkadzać, bo sobie ten czy tamten przypomni. Za to zdjęcia! Jak ja kocham sytuacje, w których jest ciemno, ale tylko dla bohatera***, nie trzęsącą się kamerę, wszystko wyraźne, czyste jak łza i tak dobre, że aż nieprawdziwe. I ostre.
A jak zamieszkam na wsi, to zasadzę pole kukurydzy.
*A pani Arina dostała ostatnio w drogerii próbkę kremu dla 30+ i zapłakała szczerymy i rzewnymi łzami.
** The Big Bang Theory. Kto nie widział, niechaj nadrobi. Ja miałam nawet zapędy, żeby swą nieistniejącą wiedzę z dziedziny fizyki uzupełnić.
*** A nie sytuację, bohater nic nie widzi, więc widz też. Ja się absolutnie na to nie zgadzam!
Mój bajerancki i wypasiony na prądzie z Enionu komputer zbuntował się ostatnio i zaczął psować swą matrycę. Psowanie matrycy polega na tym, że kiedy Pani Arina ogląda film, interneci, albo stuka w klawisze ekran zaczyna mrugać, a po dociśnięciu go do plastikowej obudowy działa poprawnie, aby później rozjaśnić do tytanowej bieli obraz i przyciemnić go tak, jak wychodza ludzki na wywołanym filmie. Szanowny mówi, że się nic nie da zrobić, jeno trzeba z płaczem wyłożyć furę pieniędzy, za które mogłabym kupić sobie trzy pary butów i 'Metro 2033' na które wciąż żałuję pieniędzy i mam naiwną nadzieję, że rzucą go w Taniej Książce na Grodzkiej.
Póki co nasze laptopidło jest u góry pospinane klipsami do papieru i efekty są... no lepiej jest trochę rzekłabym.W razie awarii z ogólnodostępnych części w naszym prywatnym Arinkowie Szanowny poskładał komputer numer dwa, już niestety nie mobilny, ale na linuksie i działający, tak, że odcięta od internetu i wszelakich dóbr za tym idących nie zostanę.
Dwa tygodnie sierpniowe, te w środku spędziliśmy z szanownym na wykorzystywaniu urlopu, remoncie łazienki, wykorzystywaniu urlopu, wyprodukowaniu drewnianych półek na książki, a później zachorzałam i teraz spędzam czas na siedzeniu w domu, umieraniu, zużywaniu dziesiątków chusteczek papierowych i wkurzaniu się na to, że upały ostatnie za oknem, a ja mam wskazane łóżko.
Nie mój czas to dziś zaprawdę.
